czwartek, 4 czerwca 2009

Profesorski bauns.


Zeszło tygodniowy koncert w Bydgoszczy to była dziwna opcja. Niby wypad przez nas wyczekany bo z Bydgoszczy mamy bardzo dobre wspomnienia ale trochę się obawialiśmy jak to wyjdzie bo całość miała być zorganizowana przez organizacje studencka a z nimi rożnie bywa. Tak czy inaczej spodziewaliśmy się, że może być ciekawie. I tak było o czym świadczy choćby poniższa fota (pozwolę sobie zacząć od spraw kulinarnych ale chyba nie ma co ukrywać, że to nas głownie kręci)
Kiedy po przyjeździe zaprowadzono nas do stołówki gdzie czekał na nas suto zastawiony stół przystrojony świecami (romantyczna atmosferę podkreślał półmrok panujący w owej sali), niebieskim obrusem i napojami w eleganckich flakonach wiedzieliśmy, że warto było telepać się te parę godzin. Nasze humory poprawiły się jeszcze bardziej kiedy w towarzystwie dwóch panów na sale wjechał oldskulowy gar wypasionego rosołu. Szczęścia dopełniło drugie danie (fota poniżej). Klimaty raczej tradycyjne ale za to bardzo dobre. I, co ważne w naszym wypadku, jedzenia było dużo. Brawa.
I tu mały apel do wszystkich organizatorów koncertów. Ludzie, bierzcie przykład z organizatorów tego gigu! Zupełnie nie rozumiem czemu tak nie jest wszędzie. Rzeczą naturalna powinna być szama dla zespołu! To chyba oczywista sprawa, ze powinno się dać jeść i pić komuś kto jedzie ileś tam kilometrów żeby ma zagrać koncert. Kiedy gadam z muzykami czy didżejami z zachodu w ogóle nie rozumieją o co mi chodzi kiedy wspominam o takich małych sprawach jak problem z żarciem - ich i nasz rynek muzyczny dzieli przepaść więc nie są w stanie załapać takich niuansów jak brak zwyczaju ugoszczenia muzyków obiadem. To ciekawe szczególnie w kontekście rzekomej "polskiej gościnności" - kiedy w grę wchodzi parę groszy, ta szybko znika. Wiele osób może to dziwić ale naprawdę rzadko się zdarza żeby ktoś z lokalnych promotorów zadbał o tak podstawowe sprawy. Ba, prośba o obiad dla muzyków (albo jeszcze "gorzej" - napisanie tego w riderze) często jest traktowana jako objaw gwiazdorstwa! Nie będę się zagłębiał w beznadzieję polskiego szołbizu (którego rynek koncertowy jest przecież częścią) bo nie jara mnie wylewanie żalu w necie ale kwestia jedzenia to naprawdę taka malutka rzecz która mogła by sie zmienić... Z resztą tu chyba idzie nie tyle o szołbiz co o zwykłą kulturę. Dobra, a teraz do rzeczy.

Jeśli idzie o gig to ciężko było nam się do niego zabrać bo każdy myślał raczej o drzemce ale po wyjściu na scenę zrobiło się tak przyjemnie, ze zagraliśmy nawet nieco dłużej niż zwykle. Nieśmiała z początku publika ruszyła w bauns a największe wrażenie zrobił na nas ostro tańcujący Pan Profesor (fota na samej górze, niestety nie wiem jak sie nazywał) - szanowana postać na organizującym ten występ Wydziale Psychologi Uniwersytetu im. Kazimierza Wielkiego, którego był niegdyś kierownikiem. Respekt. Pod koniec koncertu zaliczyliśmy mała wpadkę bo "niepsujący" się mac Matiego się zaciął i w związku z tym nie mogliśmy zagrać "Phone Call" (z kompa lecą sample). Zbiegło się to niestety z totalna zabawa przed scena którą przerwaliśmy. Ale na bis zgraliśmy "247" bo tu komp jest nie potrzebny.Po koncercie klasyka:
Wesołą sprawą byl beckstage w sali wykładowej. Zespół Out of Tune odbył w niej konwersatorium dotyczące tematu "Koszty satłe: wpływ przemysłu alkoholowego na krajowy rynek muzyczny". Wnioski na następnej płycie.ps. za foty dziękujemy Asi i Nataszy!

pozdro,

E

6 komentarzy:

  1. z tą 'gościnnością' to tak chyba tylko z początkującymi zespołami.
    a Wy takie rzeczy opowiadacie muzykom i innym z zagranicy a później się pytają czy u nas żyją białe niedźwiedzie i czy mamy łazienki na dworze :D :P

    OdpowiedzUsuń
  2. no niestety nie tylko z poczatkujacymi zespolami. to jest czesto standart. oczywiscie nie dotyczy on kapel w stylu ich troje czy cos tam ale przeciez nie idzie tu o jakies niesamowite wymagania. z reszta czy poczatakujace zespoly nie jedza?sa w czyms gorsze ze ich mozna olewac?i kiedy jest sie jeszcze poczatkujacym a kiedy juz nie?jest jakas granica? a jesli chodzi o innych muzykow no to czesto rozmowa schodzi tez na takie tematy jak "rynek muzyczny" wiec po prostu opowiadam jak jest u nas. lepiej klamac ze jest super? ale czasy kojarzenia Polski z bialymi niedziwiedziami na szczescie minely juz dawno:)

    OdpowiedzUsuń
  3. to fakt, niektóre zespoły są początkujące przez cały swój czas a niektóre przez tylko pół roku ;-)
    granica jest wtedy kiedy samodzielny koncert musicie grać np. w papryce (którą, żeby nie było i tak lubię i zapraszam :D ) a kiedy już możecie w palladium :P jednym słowem chodziło o to w jakim stopniu zespół jest rozpoznawalny i rozchwytywany w danych mieścinach.
    i oczywiście, że zespół początkujący nie jest w niczym gorszy, w końcu żeby coś mieć, trzeba najpierw jakoś zacząć - dla mnie nawet takie z. grające w małych skromnych klubikach mają większy urok, ale nie o to chodzi.
    co by nie patrzeć, na takim zespole mniej się zarabia. to i mniej się proponuje.
    a z tymi niedźwiedziami to niestety jeszcze czasy nie minęły i nie raz zdarza mi się słyszeć podobne pytania ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. a fotki od nas się nie nadawały? :P

    OdpowiedzUsuń
  5. uznalismy ze to jednak zbyt prywatne:)

    OdpowiedzUsuń
  6. pamiątka zostanie :)
    Jeszcze raz dziękujemy za super koncert i zapraszamy częściej!!! :)

    OdpowiedzUsuń